Złość i nieracjonalne zachowanie spowodowały że przystanął, szaleństwo pomyślał nie pogodzony z obojętnością
jaka spotykała jego, człowieka, ze strony mieszkańców, których widział. Gwałtownie usiadł, zrozumiał że każde
spotkanie jakie udało mu się
odbyć stanowiło
dla tamtych poświadczenie że jest agresorem, nie złe
określenie, nieobytym, ale nie wiedział z czym? Szlag, ale on tylko pragnie, jak przekazać pragnienie poznawcze gdy de facto działania można odczytać jak działania dzikusa z jego świata. Poczuł gwałtowne drganie całej twarzy, tkanina mocniej przywarła do policzków i czoła, bezwiednie podrapał się po policzku i poczuł ciepło, na piasku zastawiła czerwony ślad, jedna kropla, druga, patrzył na czerwień zamieniającą się
w brąz, nie dotykał więcej twarzy choć przeżywał
katusze świądu.
Podniósł głowę
słysząc,
w koronach wielkich drzew wyraźny szelest, długo obserwował ciemnozielone liście lecz nie wiedział jak powstał chwilowy zamęt pośród koron drzew. Wstał, zapragnął wrócić
do korytarza, który go tu przywiódł, przynajmniej nic go nie zaskoczy.
Potrzebował odpocząć,
spać, jak dotąd w tym działaniu mu nie przeszkadzano. Przeszedł kilka kroków cofając się
drogą szaleńczego
biegu okraszonego krzykiem, gdy ujrzał między
pniami prześwit pomarańczowego światła,
przypominało zachód słońca nad oceanem, wzruszył
ramionami, romantyk się ze mnie robi, co za bzdura, lecz światło na tyle go zainteresowało że skierował się w kierunku poświaty. Idąc zauważył zmianę, ciemność
kroczyła za nim, gdy spojrzał przez ramię nie widział niczego, przyśpieszył,
uderzył kolanem w coś chropowatego lecz nie przewrócił
się, prawie biegł, przerażenie jakie go ogarnęło było emocją nieznaną
i paskudną. Przyśpieszył krąg światła był za następnym
pniem, dotknął ręką mijane drzewo, poczuł
pod palcami kurczącą się
jak skórę tkankę, była
ciepła. Odskoczył i znalazł się
w miejscu oświetlonym lampionem zawieszonym dokładnie po środku miejsca ograniczonego wypukłymi powierzchniami, które miały
na sobie jakieś oblicze, twarz pokazaną w różnych
stanach emocji, portrety były wielkie by je zobaczyć musiałby wyjść
po za krąg światła a tego się obawiał,
nie rozumiał co powodowało że się
bał, czuł
się jak żaba
poruszana elektrowstrząsami, lecz żaba była nieboszczykiem a on chyba nie.
Odwrócił się
od wizerunków
patrząc w kierunku drogi, którą przyszedł, skup się, żadnych
błędów, spokój, pokiwał głową, dotarło do niego że te twarze to był on sam, och nie, zdeterminowany,
powolnym ruchem obrócił się
w stronę oświetlonej
ekspozycji własnych portretów, poczuł
jak po plecach płynie mu lód mrożąc
logiczny osąd sytuacji, nie oczekiwał konfrontacji z samym sobą. piątek, 5 września 2014
Złość i nieracjonalne zachowanie spowodowały że przystanął, szaleństwo pomyślał nie pogodzony z obojętnością
jaka spotykała jego, człowieka, ze strony mieszkańców, których widział. Gwałtownie usiadł, zrozumiał że każde
spotkanie jakie udało mu się
odbyć stanowiło
dla tamtych poświadczenie że jest agresorem, nie złe
określenie, nieobytym, ale nie wiedział z czym? Szlag, ale on tylko pragnie, jak przekazać pragnienie poznawcze gdy de facto działania można odczytać jak działania dzikusa z jego świata. Poczuł gwałtowne drganie całej twarzy, tkanina mocniej przywarła do policzków i czoła, bezwiednie podrapał się po policzku i poczuł ciepło, na piasku zastawiła czerwony ślad, jedna kropla, druga, patrzył na czerwień zamieniającą się
w brąz, nie dotykał więcej twarzy choć przeżywał
katusze świądu.
Podniósł głowę
słysząc,
w koronach wielkich drzew wyraźny szelest, długo obserwował ciemnozielone liście lecz nie wiedział jak powstał chwilowy zamęt pośród koron drzew. Wstał, zapragnął wrócić
do korytarza, który go tu przywiódł, przynajmniej nic go nie zaskoczy.
Potrzebował odpocząć,
spać, jak dotąd w tym działaniu mu nie przeszkadzano. Przeszedł kilka kroków cofając się
drogą szaleńczego
biegu okraszonego krzykiem, gdy ujrzał między
pniami prześwit pomarańczowego światła,
przypominało zachód słońca nad oceanem, wzruszył
ramionami, romantyk się ze mnie robi, co za bzdura, lecz światło na tyle go zainteresowało że skierował się w kierunku poświaty. Idąc zauważył zmianę, ciemność
kroczyła za nim, gdy spojrzał przez ramię nie widział niczego, przyśpieszył,
uderzył kolanem w coś chropowatego lecz nie przewrócił
się, prawie biegł, przerażenie jakie go ogarnęło było emocją nieznaną
i paskudną. Przyśpieszył krąg światła był za następnym
pniem, dotknął ręką mijane drzewo, poczuł
pod palcami kurczącą się
jak skórę tkankę, była
ciepła. Odskoczył i znalazł się
w miejscu oświetlonym lampionem zawieszonym dokładnie po środku miejsca ograniczonego wypukłymi powierzchniami, które miały
na sobie jakieś oblicze, twarz pokazaną w różnych
stanach emocji, portrety były wielkie by je zobaczyć musiałby wyjść
po za krąg światła a tego się obawiał,
nie rozumiał co powodowało że się
bał, czuł
się jak żaba
poruszana elektrowstrząsami, lecz żaba była nieboszczykiem a on chyba nie.
Odwrócił się
od wizerunków
patrząc w kierunku drogi, którą przyszedł, skup się, żadnych
błędów, spokój, pokiwał głową, dotarło do niego że te twarze to był on sam, och nie, zdeterminowany,
powolnym ruchem obrócił się
w stronę oświetlonej
ekspozycji własnych portretów, poczuł
jak po plecach płynie mu lód mrożąc
logiczny osąd sytuacji, nie oczekiwał konfrontacji z samym sobą.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz