Ściany zaczęły tracić jednolitość, poprzez ich coraz bardziej przeźroczyste powierzchnie widział
kontury ciemnych kształtów zgrupowanych w bezwładnie
rozrzucone plamy. Miał paskudne odczucie że za jego plecami odbywa się
działanie, nie mógł jednak sprawdzić swoich domysłów pchany i przymuszany do odbywania
drogi za rozstępującymi
się ścianami. Ogromnym wysiłkiem spojrzał pod stopy, jego pięty dotykały krawędzi
chodnika, po którym
się poruszał.
Doszedł do wniosku że poniżej widzianej krawędzi nic nie ma. Chodził
po kawałku realności otwierającej się
przed nim i zanikającej za nim, przyśpieszył by dojść
szybciej drogą prowadzącą do wyznaczonego przed nim celu, jednak czy szedł wolno czy szybko schemat się nie zmieniał. Zmęczenie,
zniechęcenie i droga donikąd, zatrzymał się
gwałtownie, poczuł mocne ciągnięcie
do przodu w kierunku otwierających się
płaszczyzn, zignorował tę wskazówkę
i z całą siłą swoich mięśni
wychylił się
do tyłu. Ciało
posłuszne decyzji zaczęło opadać na plecy, zamglona przeźroczystość ścian zamieniła się w cynamonowy brąz a on poczuł na plecach gorący powiew o zapachu gnijącej
masy owocowej, pozycja ciała do jakiej doprowadził swoim buntem nie pozwalała
na żadną
zmianę położenia, zamknął oczy i oczekiwał na spotkanie, nie wiedział
czego.
Nie
miał uczucia spadania a jednak wiedział że opada, skulił się by nieznane dotknąć jak najmniejszą częścią siebie. Upadek wyrwał
mu z ust głośny jęk,
który
został powtórzony wielokrotnie przez pomieszczenie
w jakim się znalazł,
towarzyszył mu również
tłusty, gęsty
dźwięk
wydany przez substancję w jakiej się zanurzył, miała
ona szorstką, ciepłą
powierzchnię. Poczuł
wibracje, spowodowane drganiem podłoża, które go przyjęło lecz nie zatopiło. Nie opadał lecz leżał zanurzony do połowy, pozostał tak przez chwilę, rozluźnił
się, chłonąc łagodny dotyk. Poprzez powieki dostrzegł zmianę otoczenia, otworzył oczy i usiadł, otoczenie w jakim się znalazł przeszło
jego zdolność racjonalnego określenia. Jedyne miejsce pozostające w pozornym bezruchu było
pod nim, reszta stanowiła trzy wymiarowy teren przeplatających się fantastycznych kształtów o różnych
barwach. Obiekty były w ruchu wyznaczanym nagłymi zmianami rytmu, przypominającymi obłoki pchane Zefirem by za chwilę przemieszczać się
z siłą Orkanu, cykle trwały różnie
powodując że
nie był w stanie obserwować spektaklu długo, opuścił wzrok na okrywającą go częściowo
substancję.
Podniósł do oczu rękę, drobiny szarości przyczepione do jego skóry przypominały wylinkę motyli, kruchą i suchą w dotyku, pod wpływem którego zamieniały się
w szary pył. Wstał,
nic nie krępowało
jego ruchów,
chciał iść
dalej lecz nie miał żadnej myśli
gdzie się udać.
Ponownie spojrzał na ruch jaki odbywał się dookoła
niego, zaczął szukać
seledynu ze złotymi pasmami, który do tej pory wskazywał mu jakieś kierunki lecz nie dostrzegł znanych już sobie zestawień. Ponownie spojrzał na powierzchnię przed swoimi stopami, jej powierzchnia pękała ukazując
pod szarym wierzchem beżowe pętle
grubych na palec jakby przewodów, ich siatka tworzyła zawieszoną w szarości wskazówkę,
uczepił się
myśli że
ktoś go prowadzi, bez namysłu ruszył wiedziony tą myślą, patrząc
na plątaninę
beżu szedł
by jak sądził
uzyskać odpowiedzi na pytania, które rozsadzały mu czaszkę.
Pilnował beżowej drogi obawiając się straty przewodnika, uwaga poświęcona powierzchni drogi spowodowała że z rozmachem wpadł na krawędź ograniczającą mu drogę,
ostry grzbiet stanowił zakończenie
ściany pomieszczenia, które przemierzał. Dotknął przeszkody i ponownie poczuł rytm pod palcami, drganie miarowe i jednostajne. Przesunął palce do krawędzi chwycił za nią i szybkim ruchem wysunął głowę
po za ścianę,
zlustrował nieznane i szybko przylgnął całym ciałem
do ściany. Powolnymi ruchami przesuwał się w stronę
oglądanej przed chwilą możliwości,
sam nie wierzył w obraz widziany przez chwilę, dotarł do końca
swojej tarczy, zatrzymał się
i nagłym ruchem wyskoczył z za zakrętu wpadając na zarośnięty
zielonymi kępami trawy skrawek łąki okolonej wielkimi połączonymi
koronami swoich gałęzi drzew. Impet skoku skierował człowieka prosto w ramiona istoty siedzącej a może nie, na większej plamie zieleni.
Gwałtowne ruchy wyćwiczonego ciała złagodziły
uderzenie lecz odrzut spotkania spowodował że mężczyzna
odbił się
od postaci i upadł bokiem na suchy grunt podnosząc tuman kurzu, który zasłonił
osobnika poszkodowanego przez zachowanie przybysza. Kurtyna uniesionych drobin
nie opadała przybierając zarys kształtu postaci, która jak myślał wędrowiec
pozostawała dalej na łące. Nie wiedział jak się
zachować, wstał
i z respektem spojrzał w kierunku miejsca zdarzenia. Pozostała plama zieleni i fantom z kurzu, westchnął każda chwila możliwego kontaktu kończyła
się niepowodzeniem. Choć nic sobie nie zamierzał
zarzucać to stwierdzenie jakie przyszło mu do głowy spowodowało że popadł
w stan irracjonalnej złości. By ją
wyładować
ruszył szybkim krokiem przed siebie nie zważając na otoczenie, musiał biec, musiał krzyczeć,
musiał, och jakby w coś uderzył, biegł
i myślał
o swoich zamierzeniach mających się
spełnić
w tym świecie, o którego istnieniu krążyły legendy.
Dotarł daleko i nic nie potwierdziło zachwytów opowiadaczy, przepełnionych
entuzjazmem i wiarą tak mocną że on pragmatyk postanowił się z nią
zmierzyć

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz