niedziela, 3 sierpnia 2014

Ściany zaczęły tracić jednolitość, poprzez ich coraz bardziej przeźroczyste powierzchnie widział kontury ciemnych kształtów zgrupowanych w bezwładnie rozrzucone plamy. Miał paskudne odczucie że za jego plecami odbywa się działanie, nie mógł jednak sprawdzić swoich domysłów pchany i przymuszany do odbywania drogi za rozstępującymi się ścianami. Ogromnym wysiłkiem spojrzał pod stopy, jego pięty dotykały krawędzi chodnika, po którym się poruszał. Doszedł do wniosku że poniżej widzianej krawędzi nic nie ma. Chodził po kawałku realności otwierającej się przed nim i zanikającej za nim, przyśpieszył by dojść szybciej drogą prowadzącą do wyznaczonego przed nim celu, jednak czy szedł wolno czy szybko schemat się nie zmieniał. Zmęczenie, zniechęcenie i droga donikąd, zatrzymał się gwałtownie, poczuł mocne ciągnięcie do przodu w kierunku otwierających się płaszczyzn, zignorował tę wskazówkę i z całą siłą  swoich mięśni wychylił się do tyłu. Ciało posłuszne decyzji zaczęło opadać na plecy, zamglona przeźroczystość ścian zamieniła się w cynamonowy brąz a on poczuł na plecach gorący powiew o zapachu gnijącej masy owocowej, pozycja ciała do jakiej doprowadził swoim buntem nie pozwalała na żadną zmianę położenia, zamknął oczy i oczekiwał na spotkanie, nie wiedział czego.
Nie miał uczucia spadania a jednak wiedział że opada, skulił się by nieznane dotknąć jak najmniejszą częścią siebie. Upadek wyrwał mu z ust głośny jęk, który został powtórzony wielokrotnie przez pomieszczenie w jakim się znalazł, towarzyszył mu również tłusty, gęsty dźwięk wydany przez substancję w jakiej się zanurzył, miała ona szorstką, ciepłą powierzchnię. Poczuł wibracje, spowodowane drganiem podłoża, które go przyjęło lecz nie zatopiło. Nie opadał lecz leżał zanurzony do połowy, pozostał tak przez chwilę, rozluźnił się, chłonąc łagodny dotyk. Poprzez powieki dostrzegł zmianę otoczenia, otworzył oczy i usiadł, otoczenie w jakim się znalazł przeszło jego zdolność racjonalnego określenia. Jedyne miejsce pozostające w pozornym bezruchu było pod nim, reszta stanowiła trzy wymiarowy teren przeplatających się fantastycznych kształtów o różnych barwach. Obiekty były w ruchu wyznaczanym nagłymi zmianami rytmu, przypominającymi obłoki pchane Zefirem by za chwilę przemieszczać się z siłą Orkanu, cykle trwały różnie powodując że nie był w stanie obserwować spektaklu długo, opuścił wzrok na okrywającą go częściowo substancję.
Podniósł do oczu rękę, drobiny szarości przyczepione do jego skóry przypominały wylinkę motyli, kruchą i suchą w dotyku, pod wpływem którego zamieniały się w szary pył. Wstał, nic nie krępowało jego ruchów, chciał iść dalej lecz nie miał żadnej myśli gdzie się udać. Ponownie spojrzał na ruch jaki odbywał się dookoła niego, zaczął szukać seledynu ze złotymi pasmami, który do tej pory wskazywał mu jakieś kierunki lecz nie dostrzegł znanych już sobie zestawień. Ponownie spojrzał na powierzchnię przed swoimi stopami, jej powierzchnia pękała ukazując pod szarym wierzchem beżowe pętle grubych na palec jakby przewodów, ich siatka tworzyła zawieszoną w szarości wskazówkę, uczepił się myśli że ktoś go prowadzi, bez namysłu ruszył wiedziony tą myślą, patrząc na plątaninę beżu szedł by jak sądził uzyskać odpowiedzi na pytania, które rozsadzały mu czaszkę.
Pilnował beżowej drogi obawiając się straty przewodnika, uwaga poświęcona powierzchni drogi spowodowała że z rozmachem wpadł na krawędź ograniczającą mu drogę, ostry grzbiet stanowił zakończenie ściany pomieszczenia, które przemierzał. Dotknął przeszkody i ponownie poczuł rytm pod palcami, drganie miarowe i jednostajne. Przesunął palce do krawędzi chwycił za nią i szybkim ruchem wysunął głowę po za ścianę, zlustrował nieznane i szybko przylgnął całym ciałem do ściany. Powolnymi ruchami przesuwał się w stronę oglądanej przed chwilą możliwości, sam nie wierzył w obraz widziany przez chwilę, dotarł do końca swojej tarczy, zatrzymał się i nagłym ruchem wyskoczył z za zakrętu wpadając na zarośnięty zielonymi kępami trawy skrawek łąki okolonej wielkimi połączonymi koronami swoich gałęzi drzew. Impet skoku skierował człowieka prosto w ramiona istoty siedzącej a może nie, na większej plamie zieleni.
Gwałtowne ruchy wyćwiczonego ciała złagodziły uderzenie lecz odrzut spotkania spowodował że mężczyzna odbił się od postaci i upadł bokiem na suchy grunt podnosząc tuman kurzu, który zasłonił osobnika poszkodowanego przez zachowanie przybysza. Kurtyna uniesionych drobin nie opadała przybierając zarys kształtu postaci, która jak myślał wędrowiec pozostawała dalej na łące. Nie wiedział jak się zachować, wstał i z respektem spojrzał w kierunku miejsca zdarzenia. Pozostała plama zieleni i fantom z kurzu, westchnął każda chwila możliwego kontaktu kończyła się niepowodzeniem. Choć nic sobie nie zamierzał zarzucać to stwierdzenie jakie przyszło mu do głowy spowodowało że popadł w stan irracjonalnej złości. By ją wyładować ruszył szybkim krokiem przed siebie nie zważając na otoczenie, musiał biec, musiał krzyczeć, musiał, och jakby w coś uderzył, biegł i myślał o swoich zamierzeniach mających się spełnić w tym świecie, o którego istnieniu krążyły legendy.
Dotarł daleko i nic nie potwierdziło zachwytów opowiadaczy, przepełnionych entuzjazmem i wiarą tak mocną że on pragmatyk postanowił się z nią zmierzyć



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz