Spotkało go rozczarowanie, zobaczył
jak ciemny kształt przedziera się przez budyniowe opary, szybkość poruszającego się
obiektu pozbawiła go możliwości reakcji. Został uderzony w pierś drewnianym przedmiotem przypominającym wiosło, uderzenie było tak mocne że zaparło
mu dech, zwinął się
opadając na kolana, gwałtownie zagarnął ustami powietrze, uderzenie odczuł bólem. Gwałtownie złapał się za obolałe miejsce by je rozmasować,
wyczuł pod palcami że nie doznał niczego więcej, kaszląc wstał
na nogi. Żółty opar pochłonął
całą przestrzeń dokoła lecz mógł wreszcie zdobyć coś materialnego, sprawdził stopą gdzie upadł przedmiot, bez namysł
schylił się
i podniósł rzecz, którą go zaatakowano. Drewno, a cóż mogło być
innego? Gładkie, przeciągnął opuszkami palców po powierzchni,
niemożliwe, a jednak czuł że poddaje się jego działaniom, zajęty sprawdzaniem trzymanego przedmiotu nie zauważył zmian zachodzących w miejscu gdzie przebywał. Budyniowy opar pokrył
sobą całą
przestrzeń oświetloną nadal przez lampion, w zetknięciu z podłożem stracił swoją barwę
na rzecz beżowych piasków i zielonych traw pozostawiając gdzieniegdzie wstęgi żółci
podobnej do oznak chorobowych. Nie przejął się
specjalnie tą zmianą,
mocno ścisnął
trzymany przedmiot i poczuł jak
palce wtapiają się
w strukturę ugniatanej materii. Zaczął gwałtownie machać dłońmi by pozbyć się lepiszcza lecz okazało się że jest to niemożliwe, został wyposażony
w twardniejące z każdą chwilą jakby rękawice,
przypominające bardziej łopatki gdzie jego własne dłonie
stanowiły stwardniałą powierzchnię do pracy. Odebrano mu możliwość wykorzystywania rąk w sposób jaki był przypisany jego gatunkowi. Patrzył z obrzydzeniem na niechciany dar. Lampa zaczęła tracić swój blask, zmniejszając krąg oświetlonej
wokół człowieka
powierzchni, w końcu pozostał tylko punkt wyznaczany postacią stojącą pod lampą, dłonie miał
unieruchomione w pancerzu, który nie pozwalał na żaden
ruch, nawet palcem, przyszło mu do głowy że
może będzie
poddany jakieś siłowej
konfrontacji, nie tego oczekiwał rozpoczynając przygodę życia.
Zapadły ciemności, jedynym oświetlonym miejscem był
czubek jego głowy, co powodowało że kaskada światła ograniczała mu znacznie podgląd w czarność przed nim, ręce obarczone krępującym pancerzem zaczęły mu ciążyć, usiadł, oparł dłonie
o kolana. Opuścił
głowę
skutecznie ocieniając miejsce, które pragnął
obejrzeć , poczuł
się dziwnie, jakaś przekorna świadomość
sukcesu nie dawała mu spokoju, chyba nie oszalałem, dialog wewnętrzny dawał możliwość
odniesień i analizy dotychczasowych zdarzeń. Wzruszył ramionami, wszystkie swoje niepewności znał, głupotę pokrywał brawurą,
marzenia mieszał z koniecznościami lecz jak w większości
dotychczasowych wypadków nic strasznego go nie spotkało. Myśli tłukły się falami optymizmu i stoickiego oczekiwania
na dalszy ciąg, lecz gdzieś w głębi zaczął
odczuwać rozwijający się strach, tłumił go skutecznie jak dotąd, lecz gdy czekanie na zmiany przedłużało się,
czuł jego stałą obecność. Zamknął
wieko niepokojów,
wewnętrznie zmusił się do wyciszenia, nadeszła pora by ruszyć dalej. Ciemności wokół
miały oddech pustki czającej się gdzieś,
pomimo tego wstał, nie pomny sygnałów intuicji ruszył w dalszą wędrówkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz